Jak było na Sundance Film Festival?

Ten wyjazd był dla mnie istnym rollercoasterem emocji. Couchsurfer który w ostatniej chwili stwierdził,że nie może mnie przyjąć, znikomy transport publiczny, a na deser odwołany samolot, taaa bywało nerwowo. Ale na szczęście te uczucia mijały gdy tylko wkraczałam do magicznej krainy filmowej w jaką na te pare dni zamieniło się Park City...


Co roku to małe narciarskie miasteczko zapełnia się tłumem wszelkiego rodzaju kinomanów, mistrzów kamery, scenarzystów i reżyserów - tych dobrych i tych którzy na swoją szansę jeszcze czekają, krytyków filmowych, dziennikarzy i po prostu miłośników kina, którzy przybywaja na to wydarzenie z całego świata. Na co dzień są lekarzami, elektrykami, sprzedawcami czy doradcami podatkowy. Ale podczas tych paru dni w roku wszyscy maja wspólny temat do rozmów. Czy to w kolejce po bilet, czy kawę, zagadać jest łatwo, - „To jaki Pani się film najbardziej podobał na festiwalu?”,„A Pan, no niech mi Pan powie co Pan już dobrego obejrzał?"

I chociaż po tym wyjeździe postanowiłam sobie,że w najbliższym czasie w samotne wyprawy się nie wybieram, to rzeczywiście tak jakoś się dzieje,że gdy się jest samemu dużo łatwiej jest nawiązywać nowe znajomości. 
I tak podczas tych paru dni poznałam więcej nowych osób niż przez 5 edycji Nowych Horyzontów na które zawsze jeżdżę z moją ukochaną ekipą kinomanek. Ale nie zrozumcie mnie źle kochane, bo bardzo mi Was na Sundance brakowało i gdybym tylko mogła wybierać, to bez zastanowienia bym Was ze sobą zabrała (Pozdraaawiam gorąco - aj, wiecie, że to o Was ;))! 


Są rózne rodzaje festiwali filmowych. Takie które właściwie oprócz projekcji filmów, nie mają żadnych dodatkowych wydarzeń i obiektów festiwalowych (ewentualnie przyznają nagrody), a są i takie które wokół filmów budują całą kompleksową otoczkę. Mają kawiarenki festiwalowe, miejsca spotkań, panele, koncerty, wystawy i specjalne instalacje. Cały magiczny świat festiwalowy który wciąga i wytwarza atmosferę unikalną i charakterystyczną dla festiwali różnorakich. Do tych drugich należy właśnie Sundance. 



Co-op było chyba moim ulubionym miejscem pośród obiektów festiwalowych, to właśnie tam najczęściej przesiadywałam między filmami, działo się tam cały czas coś ciekawego. Sundance mnóstwo firm wykorzystuje jako okazję do reklamy, bardzo często rozdają gadżety reklamowe, robią prezentacje i pozwalają wypróbować swoje produkty. I to właśnie tutaj w Co-op, większość z nich miała swoje stoiska reklamowe. 


Darmowa kawa, czekolada lub cydr - idealne przed porannym filmem, albo po ;)


Można też było wysłać specjalnie zaprojektowane na tę okazję pocztówki festiwalowe. 


W stanowisku L'Oreal Paris czesali, malowali, robili metamorfozy, od czasu do czasu rozdawali kosmetyki, a jeszcze większą ich pulę można było wypróbować na miejscu.


Ja najwięcej zabawy miałam z budką fotograficzną :D 
Z Bradleyem, którego całe szczęście napotkałam zaraz po wyjściu z samolotu, pomógł mi w czasie wyjazdu nie raz :)


No dobrze, ale głównym punktem programu wciąż pozostają filmy. Wyświetlane codziennie od godziny 8:30 rano do północy w ponad 10 kinach w Park City, Salt Lake City i Ogden. Ja obejrzałam 6 filmów. Zaczęłam od "Book of Love", później polski reprezentant "Nieulotne",  "Life According to Sam", "Breath In", "Boxer and The Cutie" i "It Felt Like Love". Recenzja Nieulotne już na blogu była tutaj, a o filmie który na festiwalu zrobił na mnie największe wrażenie w następnej notce. 


Kolejka po numerek z listy rezerwowej dla osób bez biletów na film, na jakieś 2,5h przed rozpoczęciem projekcji, tiaa...


 
Dwa spośród kin festiwalowych:

This entry was posted in ,,,. Bookmark the permalink.

3 Responses to Jak było na Sundance Film Festival?

  1. Gosia says:

    Obstawiam, że nie tylko dlatego nawiązałaś więcej znajomości, że byłaś sama, również dlatego, że Amerykanów łatwiej jest poznać niż Polaków! Kontakt wzrokowy i 'small talk' to jest w Stanach norma, w Polsce niestety nie. Tutaj wszyscy ze sobą paplają w każdej sytuacji, w kolejce do kasy, autobusie, sklepie, a w Polsce można 6 godzin w przedziale pociągu jechać ze sobą i słowa nie zamienić.

  2. Basia says:

    To racja :)Zagadują często, zwłaszcza specyficznie ludzie w autobusach haha.

    Gdy byłam sama w San Francisco to już w ogóle poznałam tylu ludzi, nie wiadomo skąd i odrazu jakoś tak bardzo spędzałam z nimi czas,że to było aż nieprawdopodobne. Pewnie kultura rzeczywiście odegrała tu dużą rolę, tak się złożyło,że poza USA nigdzie sama nie podróżowałam, więc nie mam porównania. Myślę,że to kombinacja obu czynników, gdy jest się w grupie to komuś spoza ciężej jest zagadać i też będąc w grupie nie zwraca się tak uwagi na innych, bo po prostu nie są oni nam tak potrzebni.

  3. <3333333333333333333333333 WIEMY! ;***
    Amerykanie i ich small talk skills to chyba najlepsza sprawa pod słońcem w takich sytuacjach. Aczkolwiek wi-fi w samolocie jest też całkiem-całkiem, powiem Ci. ;)
    Wspaniałe są te zdjęcia, oddają atmosferę festiwalu, którym żyje całe miasteczko - a skoro tak niepozorne, to już w szczególności. Jestem pewna, że ceny w normalnych butikach nieźle podskakują na czas Sundance, hehe!

    Zawsze chciałam zrobić sobie głupie zdjęcia z budki telefonicznej. <3 Uwielbiam to Twoje z Bradley'em!

Leave a Reply