Ostatniego
dnia Sundance stwierdziłam,że dłużej takiej atmosfery nie zniosę, rano spakowałam swoje manatki i "uciekłam" od mojego hosta. Na ostatnią noc przygarnął mnie do siebie Bradley, a że mieszka on w takiej społeczności, punków, anarchistów, radykalnie wolnych duchów, to cóż - było ciekawie :)! Myślę że najlepsze określenie dla tego miejsca to bezpieczna przestrzeń wymiany wszelakich poglądów.
We don't tolerate
racism, sexism, homophobia, capitalism
fascism, bullying & other bullshit
and because we're striving to create A safe space
the BOiNG is a
Sober Space.
But yes to positivity!
Ich domek nazywa się BOiNG i tutaj w przeciwieństwie do mojego poprzedniego hosta było bardzo przyjaźnie. Tolerancja jest ich główną zasadą. Dla dyskryminacji i uprzedzeń nie ma tam miejsca, za to pozytywne myślenie jest jak najbardziej pożądane . Zresztą napis na drzwiach wejściowych mówi sam za siebie :)
Słyszało się te historie, że gdzieś tam
tyle śniegu napadało, albo taka niska była temperatura, że odwołali lekcje. I tak całą podstawówkę, gimnazjum i liceum
czekałam na ten moment gdy zamkną szkołę ze względu na pogodę ;) I nareszcie...dzisiaj rano obudził mnie mail z wiadomością,że wszystkie zajęcia na Northeastern są odwołane ze względu na śnieżycę. Ale radoooocha ;)
Na moje zdziwienie, że niby jest to powód by zamknąć uczelnie, koledzy Amerykanie reagowali zdziwieniem. No a niby jak mają dojechać na uczelnie w takich warunkach? Zresztą dzisiaj przez złe warunki pogodowe odwołano około 1000 lotów i zajęcia nie odbyły się w wielu szkołach na terenie Chicago. W Polsce przy takich warunkach nikt by zajęć nie odwołał. I tym bardziej nikogo by nie obchodziło czy studenci mają jak dojechać na zajęcia. God Bless America! ;)
No i trzeba im przyznać, że system powiadamiania studentów mają świetny, w zależności od tego na jaki sposób notyfikacji sie zapisało, w ten sposób będą się z Tobą kontaktować. Do mnie wysłali maila, do mojej wspólokatorki zadzwonili. Pamiętam,że nie raz zdarzyło mi się w Polsce pojechać na UW tylko po to,żeby dowiedzieć się,że zajęć nie ma...
Przy okazji pokaże jak wyglądał dziś mój kampus:
Budynek w ktorym mam większość zajęć z psychologii.
Biblioteka.
Student Union
Tajemniczy posąg, ludzi z ptakami na głowie :P haha, właściwie to muszę się dowiedzieć co symbolizuje.
A to ulica na której mieszkam :
I nasz domek w którym wynajmujemy mieszkanie na 1 piętrze.
Ten wyjazd był dla mnie istnym
rollercoasterem emocji. Couchsurfer który w ostatniej chwili stwierdził,że nie może mnie przyjąć, znikomy transport publiczny, a na deser odwołany samolot, taaa bywało nerwowo. Ale na szczęście te uczucia mijały gdy tylko wkraczałam do magicznej krainy filmowej w jaką na te pare dni zamieniło się Park City...
Co roku to małe narciarskie miasteczko zapełnia się tłumem
wszelkiego rodzaju kinomanów, mistrzów kamery, scenarzystów i reżyserów - tych
dobrych i tych którzy na swoją szansę jeszcze czekają, krytyków filmowych,
dziennikarzy i po prostu miłośników kina, którzy przybywaja na to wydarzenie z całego świata. Na co dzień są lekarzami,
elektrykami, sprzedawcami czy doradcami podatkowy. Ale podczas tych paru dni w roku wszyscy maja wspólny temat do rozmów. Czy to w kolejce po bilet, czy kawę, zagadać jest łatwo, - „To jaki Pani się film
najbardziej podobał na festiwalu?”,„A
Pan, no niech mi Pan powie co Pan już dobrego obejrzał?" I chociaż po tym wyjeździe postanowiłam sobie,że w najbliższym czasie w samotne wyprawy się nie wybieram, to rzeczywiście tak jakoś się dzieje,że gdy się jest samemu dużo łatwiej jest nawiązywać nowe znajomości. I tak podczas tych paru dni poznałam więcej nowych osób niż przez 5 edycji Nowych Horyzontów na które zawsze jeżdżę z moją ukochaną ekipą kinomanek. Ale nie zrozumcie mnie źle kochane, bo bardzo mi Was na Sundance brakowało i gdybym tylko mogła wybierać, to bez zastanowienia bym Was ze sobą zabrała (Pozdraaawiam gorąco - aj, wiecie, że to o Was ;))!
Są rózne rodzaje festiwali filmowych. Takie które właściwie oprócz projekcji filmów, nie mają żadnych dodatkowych wydarzeń i obiektów festiwalowych (ewentualnie przyznają nagrody), a są i takie które wokół filmów budują całą kompleksową otoczkę. Mają kawiarenki festiwalowe, miejsca spotkań, panele, koncerty, wystawy i specjalne instalacje. Cały magiczny świat festiwalowy który wciąga i wytwarza atmosferę unikalną i charakterystyczną dla festiwali różnorakich. Do tych drugich należy właśnie Sundance.
Co-op było chyba moim ulubionym miejscem pośród obiektów festiwalowych,
to właśnie tam najczęściej przesiadywałam między filmami, działo się tam cały czas
coś ciekawego. Sundance mnóstwo firm wykorzystuje jako okazję do reklamy, bardzo często rozdają gadżety reklamowe, robią prezentacje i pozwalają wypróbować swoje produkty. I to właśnie tutaj w Co-op, większość z nich miała swoje stoiska reklamowe.
Darmowa kawa, czekolada lub cydr - idealne
przed porannym filmem, albo po ;)
Można też było wysłać specjalnie zaprojektowane na tę okazję pocztówki festiwalowe.
W stanowisku L'Oreal Paris czesali,
malowali, robili metamorfozy, od czasu do czasu rozdawali kosmetyki, a jeszcze większą ich
pulę można było wypróbować na miejscu.
Ja najwięcej zabawy miałam z budką fotograficzną :D
Z Bradleyem, którego całe szczęście napotkałam zaraz po wyjściu z samolotu, pomógł mi w czasie wyjazdu nie raz :)
No dobrze, ale głównym punktem
programu wciąż pozostają filmy. Wyświetlane codziennie od godziny 8:30 rano do
północy w ponad 10 kinach w Park City, Salt Lake City i Ogden. Ja obejrzałam 6 filmów. Zaczęłam od "Book of
Love", później polski reprezentant "Nieulotne", "Life
According to Sam", "Breath In", "Boxer and The Cutie"
i "It Felt Like Love". Recenzja Nieulotne już na blogu była tutaj, a o filmie który na festiwalu zrobił na mnie
największe wrażenie w następnej notce.
Kolejka
po numerek z listy rezerwowej dla osób bez biletów na film, na jakieś 2,5h
przed rozpoczęciem projekcji, tiaa... Dwa spośród kin festiwalowych:
Nadeszła zima, pora roku która niestety zawsze negatywnie wpływa na mój nastrój. I chociaż jak na luty, to w Chicago pogoda jest niezła, to słoneczną nie można jej nazwać...
Zimno, plucha, człowiek nie może wyjść na dwór bez tego uczucia szczypiącego mrozu na policzkach . Tak, zima znowu uprzejmie mi przypomina,że nie najlepiej się tolerujemy i że powinnam się gdzieś wynieść, gdzieś gdzie jej nie ma. Pamiętam już, aż za dobrze co było motywacją napędzająca, gdy pakowałam swoje manatki by przenieść się na drugi kraniec półkuli. Tęsknota za słońcem popchnęła mnie do przeglądania zdjęć ;)
Zdjęcia zrobiona na wyspie
sąsiadującej z Bali - Lombok, która według mnie jest naprawdę niedoceniana. Była równie piękna jak Bali,a jednocześnie nie przepełniona turystami. Ach gdybym tak tylko mogła cofnąć czas i znowu znaleźć się tam choć na chwilę...
Dzieci Lomboku. Gdy tylko
nas zobaczyły, od razu zaczęły hasać po drzewach obok których leżałysmy. A gdy wyciągnęłam aparat, cóż myślałam,że dziewczyny mnie zabiją, bo wtedy dopiero zaczęło się prawdziwe przedstawienie ;)
Najnowszy film Jacka Borcucha - "Nieulotne" swoją światową premierę miał na tegorocznym Festiwalu Filmowym Sundance. To kolejny po „Wszystko co Kocham” film Borcucha który zwrócił uwagę selekcjonerów jednego z najważniejszych festiwali filmu niezależnego. Ależ ja byłam dumna idąc na tą projekcję, że polski film zakwalifikował się do konkursu! Niestety byłam nie tylko dumna ale i śpiąca. Była godzina 21:45. A droga na festiwal była długa, tego samego dnia przyleciałam do Salt Lake City i ponieważ na lotnisku musiałam być o 5 rano, to wiadomo, przed wylotem iść spać się już nie opłacało. Tak więc dla mnie ten dzień trwał już jakieś 36 godzin.
„Tylko
żeby nie zasnąć” (zaklinałam samą siebie). Było to realne niebezpieczeństwo
bo na poprzednim filmie "Look of Love" trochę mi się już oczy
kleiły,mimo, że sam film zdecydowanie do usypiających nie należał. Nagość,
cekiny, ekscentryczna muzyka bombardowała z ekranu, była to w końcu historia Paula'a Raymond'a - założyciela
odnoszącego wielki sukces teatru i klubu ze striptizem w Wielkiej Brytanii. Na szczęście dobre kino się zawsze obroni. Senność minęła, a na "Nieulotne" oka nie zmrużyłam ani na chwilę. Zresztą trzeba było patrzeć,bo ujęcia były piękne!
fot. Michał Englert
Nieulotne to historia miłości między dwójką studentów. Miłości? Właściwie
to raczej historia tego jak sobie radzić, gdy życie stawia nas w sytuacjach tak
ciężkich i niespodziewanych, że nigdy nie bylibyśmy w stanie sobie nas w nich
wyobrazić. Sytuacji, które rozgrywają się tylko w filmach. No właśnie, a co
gdyby ten film, okazał się czyimś życiem? Karina (Magdalena Berus, Bejbi Blues) i Michał (Jakub Gierszał,
Sala Samobójców; Yuma) poznają się w Hiszpanii. Słoneczne, beztroskie
otoczenie, idealne do rozkwitu uczucia między dwojgiem młodych ludzi, jednym słowem sielanka, aż do
momentu który zmienia wszystko…
I nawet wtedy gdy zostają przyparci do muru, gdy ich świat wywraca się do
góry nogami, codzienne sytuacje nie dają taryfy ulgowej. Trzeba wstać, trzeba
napisać pracę na studiach i zaliczyć egzamin, rozegrać ze swoją drużyną mecz siatkówki. Bo jaki jest wybór? Można się albo w takiej sytuacji w sobie
zapaść, zabić albo można żyć dalej. A jeśli mamy jedno życie, to należałoby o
nie zawalczyć.
fot. Michał Englert
Magda Berus zrobiła na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż w Bejbi Blues. Jej gra jest naturalna, lekka, prawdziwa. Czułam jej emocje, po prostu jej wierzyłam. Może dlatego, że jednak łatwiej było mi się utożsamić z bohaterką „Nieulotne” niż z Natalią z Bejbi Blues. Karina jest dziewczyną raczej mocno stąpającą po ziemi, dobrą studentką, bezwolnie wepchnięta w sytuację z którą nie jeden młody, wciąż pełen ideałów człowiek, by sobie nie poradził. Ideały? Wyobrażenia? To wszystko spada na dalszy plan. To nie "Efekt Motyla". Bohaterowie nie mogą cofnąć się w czasie by odwrócić tą jedną, decydującą o wszystkim sekundę. No właśnie, Nieulotne to film o chwili. O chwili, która jest w stanie zmienić wszystko. Nie z naszej winy. Nie z winy głównego bohatera. Bo momentu który ma wpłynąć na całe jego życie, nie można nazwać nawet decyzją, to raczej impuls, instynkt, zbieg okoliczności, a jego wypadkowa, cóż, z tym ciężarem później będzie sobie musiał radzić...
W roli drugoplanowej możemy również zobaczyć Juan'a Jose Ballesta, znanego z filmów takich jak:
"4 piętro" czy "Złodzieje".
Jak już wspominałam wczesniej, film zasługuje na uwagę ze względu na piękne ujęcia. Brawa należą się operatorowi - Michałowi Englertowi który dostał nagrodę w Sundance za najlepsze zdjęcia :)! Chyba więc warto zobaczyć rodzimy film który zyskał aprobatę nawet za oceanem. "Nieulotne" od dzisiaj w kinach!