Ostatniego
dnia Sundance stwierdziłam,że dłużej takiej atmosfery nie zniosę, rano spakowałam swoje manatki i "uciekłam" od mojego hosta. Na ostatnią noc przygarnął mnie do siebie Bradley, a że mieszka on w takiej społeczności, punków, anarchistów, radykalnie wolnych duchów, to cóż - było ciekawie :)! Myślę że najlepsze określenie dla tego miejsca to bezpieczna przestrzeń wymiany wszelakich poglądów.
We don't tolerate
racism, sexism, homophobia, capitalism
fascism, bullying & other bullshit
and because we're striving to create A safe space
the BOiNG is a
Sober Space.
But yes to positivity!
Ich domek nazywa się BOiNG i tutaj w przeciwieństwie do mojego poprzedniego hosta było bardzo przyjaźnie. Tolerancja jest ich główną zasadą. Dla dyskryminacji i uprzedzeń nie ma tam miejsca, za to pozytywne myślenie jest jak najbardziej pożądane . Zresztą napis na drzwiach wejściowych mówi sam za siebie :)
Ten wyjazd był dla mnie istnym
rollercoasterem emocji. Couchsurfer który w ostatniej chwili stwierdził,że nie może mnie przyjąć, znikomy transport publiczny, a na deser odwołany samolot, taaa bywało nerwowo. Ale na szczęście te uczucia mijały gdy tylko wkraczałam do magicznej krainy filmowej w jaką na te pare dni zamieniło się Park City...
Co roku to małe narciarskie miasteczko zapełnia się tłumem
wszelkiego rodzaju kinomanów, mistrzów kamery, scenarzystów i reżyserów - tych
dobrych i tych którzy na swoją szansę jeszcze czekają, krytyków filmowych,
dziennikarzy i po prostu miłośników kina, którzy przybywaja na to wydarzenie z całego świata. Na co dzień są lekarzami,
elektrykami, sprzedawcami czy doradcami podatkowy. Ale podczas tych paru dni w roku wszyscy maja wspólny temat do rozmów. Czy to w kolejce po bilet, czy kawę, zagadać jest łatwo, - „To jaki Pani się film
najbardziej podobał na festiwalu?”,„A
Pan, no niech mi Pan powie co Pan już dobrego obejrzał?" I chociaż po tym wyjeździe postanowiłam sobie,że w najbliższym czasie w samotne wyprawy się nie wybieram, to rzeczywiście tak jakoś się dzieje,że gdy się jest samemu dużo łatwiej jest nawiązywać nowe znajomości. I tak podczas tych paru dni poznałam więcej nowych osób niż przez 5 edycji Nowych Horyzontów na które zawsze jeżdżę z moją ukochaną ekipą kinomanek. Ale nie zrozumcie mnie źle kochane, bo bardzo mi Was na Sundance brakowało i gdybym tylko mogła wybierać, to bez zastanowienia bym Was ze sobą zabrała (Pozdraaawiam gorąco - aj, wiecie, że to o Was ;))!
Są rózne rodzaje festiwali filmowych. Takie które właściwie oprócz projekcji filmów, nie mają żadnych dodatkowych wydarzeń i obiektów festiwalowych (ewentualnie przyznają nagrody), a są i takie które wokół filmów budują całą kompleksową otoczkę. Mają kawiarenki festiwalowe, miejsca spotkań, panele, koncerty, wystawy i specjalne instalacje. Cały magiczny świat festiwalowy który wciąga i wytwarza atmosferę unikalną i charakterystyczną dla festiwali różnorakich. Do tych drugich należy właśnie Sundance.
Co-op było chyba moim ulubionym miejscem pośród obiektów festiwalowych,
to właśnie tam najczęściej przesiadywałam między filmami, działo się tam cały czas
coś ciekawego. Sundance mnóstwo firm wykorzystuje jako okazję do reklamy, bardzo często rozdają gadżety reklamowe, robią prezentacje i pozwalają wypróbować swoje produkty. I to właśnie tutaj w Co-op, większość z nich miała swoje stoiska reklamowe.
Darmowa kawa, czekolada lub cydr - idealne
przed porannym filmem, albo po ;)
Można też było wysłać specjalnie zaprojektowane na tę okazję pocztówki festiwalowe.
W stanowisku L'Oreal Paris czesali,
malowali, robili metamorfozy, od czasu do czasu rozdawali kosmetyki, a jeszcze większą ich
pulę można było wypróbować na miejscu.
Ja najwięcej zabawy miałam z budką fotograficzną :D
Z Bradleyem, którego całe szczęście napotkałam zaraz po wyjściu z samolotu, pomógł mi w czasie wyjazdu nie raz :)
No dobrze, ale głównym punktem
programu wciąż pozostają filmy. Wyświetlane codziennie od godziny 8:30 rano do
północy w ponad 10 kinach w Park City, Salt Lake City i Ogden. Ja obejrzałam 6 filmów. Zaczęłam od "Book of
Love", później polski reprezentant "Nieulotne", "Life
According to Sam", "Breath In", "Boxer and The Cutie"
i "It Felt Like Love". Recenzja Nieulotne już na blogu była tutaj, a o filmie który na festiwalu zrobił na mnie
największe wrażenie w następnej notce.
Kolejka
po numerek z listy rezerwowej dla osób bez biletów na film, na jakieś 2,5h
przed rozpoczęciem projekcji, tiaa... Dwa spośród kin festiwalowych:
Najnowszy film Jacka Borcucha - "Nieulotne" swoją światową premierę miał na tegorocznym Festiwalu Filmowym Sundance. To kolejny po „Wszystko co Kocham” film Borcucha który zwrócił uwagę selekcjonerów jednego z najważniejszych festiwali filmu niezależnego. Ależ ja byłam dumna idąc na tą projekcję, że polski film zakwalifikował się do konkursu! Niestety byłam nie tylko dumna ale i śpiąca. Była godzina 21:45. A droga na festiwal była długa, tego samego dnia przyleciałam do Salt Lake City i ponieważ na lotnisku musiałam być o 5 rano, to wiadomo, przed wylotem iść spać się już nie opłacało. Tak więc dla mnie ten dzień trwał już jakieś 36 godzin.
„Tylko
żeby nie zasnąć” (zaklinałam samą siebie). Było to realne niebezpieczeństwo
bo na poprzednim filmie "Look of Love" trochę mi się już oczy
kleiły,mimo, że sam film zdecydowanie do usypiających nie należał. Nagość,
cekiny, ekscentryczna muzyka bombardowała z ekranu, była to w końcu historia Paula'a Raymond'a - założyciela
odnoszącego wielki sukces teatru i klubu ze striptizem w Wielkiej Brytanii. Na szczęście dobre kino się zawsze obroni. Senność minęła, a na "Nieulotne" oka nie zmrużyłam ani na chwilę. Zresztą trzeba było patrzeć,bo ujęcia były piękne!
fot. Michał Englert
Nieulotne to historia miłości między dwójką studentów. Miłości? Właściwie
to raczej historia tego jak sobie radzić, gdy życie stawia nas w sytuacjach tak
ciężkich i niespodziewanych, że nigdy nie bylibyśmy w stanie sobie nas w nich
wyobrazić. Sytuacji, które rozgrywają się tylko w filmach. No właśnie, a co
gdyby ten film, okazał się czyimś życiem? Karina (Magdalena Berus, Bejbi Blues) i Michał (Jakub Gierszał,
Sala Samobójców; Yuma) poznają się w Hiszpanii. Słoneczne, beztroskie
otoczenie, idealne do rozkwitu uczucia między dwojgiem młodych ludzi, jednym słowem sielanka, aż do
momentu który zmienia wszystko…
I nawet wtedy gdy zostają przyparci do muru, gdy ich świat wywraca się do
góry nogami, codzienne sytuacje nie dają taryfy ulgowej. Trzeba wstać, trzeba
napisać pracę na studiach i zaliczyć egzamin, rozegrać ze swoją drużyną mecz siatkówki. Bo jaki jest wybór? Można się albo w takiej sytuacji w sobie
zapaść, zabić albo można żyć dalej. A jeśli mamy jedno życie, to należałoby o
nie zawalczyć.
fot. Michał Englert
Magda Berus zrobiła na mnie jeszcze lepsze wrażenie niż w Bejbi Blues. Jej gra jest naturalna, lekka, prawdziwa. Czułam jej emocje, po prostu jej wierzyłam. Może dlatego, że jednak łatwiej było mi się utożsamić z bohaterką „Nieulotne” niż z Natalią z Bejbi Blues. Karina jest dziewczyną raczej mocno stąpającą po ziemi, dobrą studentką, bezwolnie wepchnięta w sytuację z którą nie jeden młody, wciąż pełen ideałów człowiek, by sobie nie poradził. Ideały? Wyobrażenia? To wszystko spada na dalszy plan. To nie "Efekt Motyla". Bohaterowie nie mogą cofnąć się w czasie by odwrócić tą jedną, decydującą o wszystkim sekundę. No właśnie, Nieulotne to film o chwili. O chwili, która jest w stanie zmienić wszystko. Nie z naszej winy. Nie z winy głównego bohatera. Bo momentu który ma wpłynąć na całe jego życie, nie można nazwać nawet decyzją, to raczej impuls, instynkt, zbieg okoliczności, a jego wypadkowa, cóż, z tym ciężarem później będzie sobie musiał radzić...
W roli drugoplanowej możemy również zobaczyć Juan'a Jose Ballesta, znanego z filmów takich jak:
"4 piętro" czy "Złodzieje".
Jak już wspominałam wczesniej, film zasługuje na uwagę ze względu na piękne ujęcia. Brawa należą się operatorowi - Michałowi Englertowi który dostał nagrodę w Sundance za najlepsze zdjęcia :)! Chyba więc warto zobaczyć rodzimy film który zyskał aprobatę nawet za oceanem. "Nieulotne" od dzisiaj w kinach!
Gdy
mówię ludziom, że jadę na festiwal filmowy wydają się być zainteresowani. Gdy
mówię,że trwa 11 dni i można na nim
obejrzeć nawet po 5 filmów dziennie to najczęściej robią zatroskaną minę. Ktoś
kiedyś spytał mnie czy mi za to płacą. Dostałam parę współczujących spojrzeń. Zdaje
się, że raz nawet ktoś poklepał mnie po plecach z westchnieniem w stylu „cóż
poradzić, życie jest ciężkie”.
No
cóż, życie znowu zacznie być "ciężkie" chociaż tym razem nie we Wrocławiu. Za parę godzin lecę na Sundance Film
Festival. Już dzisiaj będę w Salt Lake City. Emocje rosną. Jest 3 nad ranem i ostatnie rzeczy lądują w walizce,. Za 2,5 godziny ma przyjechać taksówka, która
zawiezie mnie na lotnisko i właśnie wtedy dostaje SMS. Sms z którego jasno wynika,
że cóż…chyba jednak nie będę mogła przyjechać do couchsurfera u którego miałam
DZISIAJ przenocować. Samolot mam za jakieś 4,5 godziny.
Wdech,
wydech, wdech, ok. Jakoś to będzie.
Tak
było wczoraj. A później? A później, cóż – wsiadłam do samolotu i zrobiło się
znacznie lepiej. WiFi Kochani!!! Nigdy wcześniej się z takim cudem w samolocie
nie spotkałam, więc moja ekscytacja sięgała zenitu. A potem wyjrzałam za okno i
zrobiło się jeszcze lepiej.
Podróż
minęła dobrzeJ Tylko
teraz trzeba było zaczać działac. Odebrać bilety na filmy, znaleźć dach nad
głową? Takie drobiazgi. I wtedy zobaczyłam wielki napis Sundance Film Festival.
Moim oczom ukazała się festiwalowa informacja. OK, jedyny znajomy element w tym
otoczeniu, idę.
-
Chcialabym sie zapytac jak dojechac ... (wlasciwie gdzie ja chcialam jechac? )
moze gdzies gdzie moge odebrac bilety?
-
A w jakim hotelu sie zatrzymujesz? – Pan z informacji pewnie myslal,ze tym
pytaniem ulatwi mi sprawe
-
Hotelu? Hmm, wlasciwie to ja nie mam hotelu, albo miejsca...gdzie sie zatrzymam. - mina Pana była nietęga
Ale
w tym momecie drugi wolontariusz wtracil sie do romozwy – Couchsurfing? –
zapytal, choc nie wiem jak mnie tak szybko rozszyfrowal, bo bylo to pierwsze
slowo ktore do mnie powiedzial. Slowo klucz. Po chwili okazalo sie,ze sam
przyjmuje u siebie ludzi, ze podwiezie mnie do Main Box Office gdzie bede mogla
odebrac swoje bilety i wlasciwie to moge zostawic u niego swoje rzeczy, albo
przenocowac, jesli nie znajde niczego.
Jakies 2 godziny później miałam już wszystkie bilety, które jakims cudem udało mi się kupic w przedsprzedaży online.
W ramach
wyrabiania sobie nawyku czestszego zamieszczania zdjec zalozylam sobie
instagram, nie wiem jak bedzie z postami z festiwalu (tego pisze glownie na
komorce), ale jesli ktos jest ciekawy jak mi festiwalowe dni mijaja - zdjecie mam
zamiar zamieszczac w miare regularnie
Chłopak z Norwegii
szkicuje coś zawzięcie w swoim zeszycie. - "Wiesz, wczoraj na koncercie
sprzedałem jedną koszulkę!" - mówi dumnie mając na sobie T-shirt z
wyciętym kółkiem na brzuchu (także swojego projektu). Cóż to za styl, nie wiem?
Minimalizm? W każdym razie - przewiewne, właściwie idealne na aktualną pogodę.
Gdy wchodzę do łazienki wyłania się z niej 5 prawie identycznych blond głów,
niczym z drużyny cheerlederskiej. No tak, to dzisiaj miała przyjechać 7-osobowa
rodzina z Ameryki którą nasz host zgodził się przyjąć. O 2 w nocy wpada 3 chłopaków
z Kostaryki. Gdy mówią, że okolica wygląda na niebezpieczną Włoch podśmiewa się
z nich pod nosem. 4:30 w nocy. Debata filozoficzna trwa. Część osób śpi już po
kątach. Ktoś medytuje sobie w ogrodzie. Nasz host wyciąga dżem własnej roboty.
Pycha!
Chyba czas uwierzyć
w karmę. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że goszcząc ponad 600 osób w ciągu
ostatniego roku naszym host nie
przytrafiło się nic złego? Klucz pod wycieraczką. Telewizor na ścianie. Świetna
atmosfera. Wszystko na swoim miejscu. Gdy przeczytałam taką informację na ich
profilu na couchsurfingu myślałam, że lekko sobie podkoloryzowali tą liczbę. No, bo 600 ludzi?
Serio. Wystarczyło żebym pomieszkała z nimi przez tydzień i spokojnie mogę wam
powiedzieć, że jest to jak najbardziej możliwe. W ciągu tych 7 dni, przez ich
dom przewinęło się ponad 15 osób. Para z
Hawajów. Chłopak z Nowej Zelandii. Norweg który ukochał sobie nożyczki. 3
chłopaków z Kostaryki. Wiecznie gubiący się Włoch. 7 osobowa rodzina z Ameryki.
Poznany w metrze Kameruńczyk. Polka pracująca w Paryżu jako Au pair. Chinka. No
i my dwie.
A zaraz, a Paryż? Przecież miało być o podróżowaniu!Nie zrozumcie mnie źle.To, że zepchnęłam w tej
notce Paryż na plan drugi nie znaczy, że mi się nie podobał. Ja jestem nim
wręcz zauroczona! Piękne
kamieniczki z cudownymi balkonikami są na każdym kroku. Widziałam przynajmniej
milion miejsc, w których mogłabym zamieszkać. Cudne parki, jak np. Ogrody
Luksemburskie, w których zrobiłyśmy sobie śniadanko (na pierwszym zdjęciu) na świeżym powietrzu. Klimat
dzielnicy Montmart mnie zauroczył. Kluczową rolę odegrał jednak chyba przewodnik z Free Walking
Tour na którą się wybrałyśmy. Nazywał się Sam i był po prostu genialny,
opowiadał tak ciekawie i z pasją, że aż żałowałam, że nie studiuję historii!
Pokazał nam np: rzeźby które przekrojone zostały na pół, żeby sprawdzić czy aby na pewno artysta nie zatapia w brązie zamordowanych ludzi, bo nikt nie mógł uwierzyć,że zostały wykonane tak dokładnie! Prawda jest taka, że fajnie jest zobaczyć te
wszystkie piękne miejsca. Zabytki. Ciekawe budynki.Ale tak naprawdę najlepsze wspomnienia tworzą ludzie
napotkani w podróży. Inspirują.I
to właśnie oni, uświadamiając mi rzeczy z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy wywarli
na mnie największe wrażenie w czasie tej wyprawy.
Przy okazji chciałabym wam polecić Free Walking Tours.Wycieczki jak sama nazwa wskazuje są bezpłatne, (na koniec zazwyczaj daje się napiwki). Są one organizowane w wielu dużych miastach Europy, zazwyczaj codziennie i obejmują najważniejsze punkty danego miasta, więc są świetnym sposobem na rozeznanie się w nowym miejscu! Byłam już na nich kilka razy i naprawdę zawsze byłam zadowolona lub wręcz zachwycona! Przewodnicy to zawsze młodzi ludzie, którzy nie zanudzają nudnymi faktami, ale starają się wszystko przedstawiać w ciekawy, zabawny sposób.
***
A teraz jestem na Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Święto kina trwa :) W tym roku obchodzę okrągłą rocznicę, bo jestem tutaj już po raz 5ty :)! Chyba ten mój mały jubileusz przynosi mi szczęście, bo jak na razie obejrzałam już 13 filmów, z czego tylko jeden mi się nie podobał. A zaraz idę na koncert w Arsenale - The Saintbox ( czyli Gaba Kulka, Olo Walicki i Maciek Szupica) bo przecież nie samymi filmami człowiek żyje ;)